Monthly Archives: Listopad 2013

12 grudnia 1981 – Stan wojenny

Zwykły wpis

P1010987

13 grudnia 1981 roku o 5 rano, dzwoni telefon. Wyrwana z głębokiego snu, rozpoznaję ten specyficzny dźwięk, który zapowiada dryndanie z Europy.  Odbieram, bo czuję, że coś się stało. Z reguły nikt do mnie nie dzwoni tak rano. Słyszę pełen niepokoju, zdławiony głos Daria, mojego przyjaciela z Rzymu:

–         L’America sta dormendo mentre in Polonia qualcosa di terribile è successo!

–         Ma ch’è successo? Ma di che chosa parli?

–         [Ameryka jeszcze śpi, a tu coś strasznego wydarzyło się w Polsce!]

–         [A co takiego się stało? O czym ty mówisz?]

Dopiero po kilku minutach, które były mi potrzebne na rozbudzenie się, zrozumiałam grozę sytuacji. Dla upewnienia się włączyłam w między czasie telewizję, bo Dario lubił mi płatać przeróżne figle. Tym razem to nie był żart. Natychmiast zadzwoniłam do rodziny, ale zamiast znajomego głosu, usłyszałam, że nie ma połączenia z Polską aż do odwołania. Nie zawahałam się wtedy obudzić moich polskich przyjaciół, a oni zrobili to samo wród swoich znajomych.

To był szok zobaczyć gen. Jaruzelskiego, te mundury w telewizji, czołgi i wojsko na ulicach.

Dla nas, z drugiej strony Oceanu, zaczął się okres niepokoju, niewiedzy i oczekiwania, co dalej?

Oprócz braku telefonicznego połączenia, przychodziły do nas ocenzurowane listy. Każdy z nich był otworzony, przeczytany i ponownie zaklejony. Pieczątka „Ocenzurowano” widniała na kopercie. Czasami zamazywano kłopotliwe fragmenty.

Pamiętam, że przez pierwsze dni nie mogłam sobie poradzić z terminem „stan wojenny”.  Jako powojenne pokolenie byłam wychowana w duchu wojny, a może raczej pod jej pręgierzem, i dlatego byłam w stanie wyobrazić sobie jej grozę i okrucieństwo. Natomiast nie umiałam dokładnie zrozumieć, jak stan wojenny miał konkretnie odbić się na losach milionów ludzi.  Czy to jest pewnego rodzaju wojna, czy raczej wstęp do wojny? Ile lat taki stan może trwać? Kiedy i jak to ma się skończyć? Ale nikt nie umiał wtedy na to opowiedzieć.

Pierwszy raz wróciłam do Polski w 1988, czyli kilka dobrych lat po stanie wojennym. Rodzina i znajomi w kółko opowiadali mi o tym okresie. A opowiadania zaczynały się mniej więcej tak samo, czyli „ Nie masz pojęcia, jakie to było straszne…” To samo powtarzało się w pierwszych postkomunistycznych latach. Wspomnienie stanu wojennego wciąż tkwiło w pamięci Polaków. Ale stopniowo proces demokratyzacji odsunął ten temat na bok, bo bardziej przyziemne i pilące problemy zajmowały umysły rodaków: bezrobocie i walka o przetrwanie w dzikim kapitalizmie.

Do tej pory nie lubię mudurów i na ich widok wciąż czuję pewien niepokój.

Ale już nie miewam tzw. snów imigranta, z których budziłam się od strachu, bo kradziono mi albo odbierano kanadyjski paszport, bez którego nie można było wyjechć  z komunistycznej Polski. Ostatni taki sen nawiedził mnie jakieś 15 lat temu. Co za ulga!

A wracając do stanu wojennego, pamiętam, że mniej wiącej w tym samym czasie musiałam sobie kupić okulary do czytania. Kiedy już za nie płaciłam, a była to na tamte czasy niewielka suma wynosząca ok. 130 dolarów, zapytano mnie, czy chciałabym je ubezpieczyć. Dla mnie był to kulturowy szok. Zrozumiałam wtedy, że pochodzę z kraju, który nie dał mi poczucia trwania i zaufania do przyszłości, bo życie polegało na załatwianiu, kombinowaniu, majsterkowaniu i improwizacji, czyli nazwijmy to metaforycznie łataniem dziur teraźniejszości. Z takim bagażem trudno było snuć plany i budować stabilną teraźniejszość.

Stąd właśnie pochodzi to znane nam na emigracji poczucie siedzenia na walizkach…

Ale myślę, że sytuacja pomału się zmienia. Czym więcej stabilności w Kraju, tym więcej stabiliności psychicznej dla Polaków mieszkających na obczyźnie.

Reklamy

Rok zerowy

Zwykły wpis

IMG_0152

Przyleciałam do Montrealu 3 listopada 1980 i do tej pory uważam, że jest to dzień moich drugich symbolicznych urodzin, gdyż na zawsze zapisał się w mojej pamięci i w moim życiorysie. To była nie tylko zmiana adresu, ale rozpoczęcie nowego kalendarza od roku Zero.

Rok zerowy jest ciekawym zjawiskiem, gdyż nie istnieje w nowożytnym kalendarzu. Symbolizując moment przejściowy, jest jakby wzięty w nawias i przez to funkcjonuje poza normalnym obrębem czasowym.

Oznacza proces, w czasie którego coś się kończy, ale to nowe jeszcze się nie zaczęło.

Rok zerowy jest pusty i jednocześnie pełny, bo choć rozgrywa się gdzieś w zawieszeniu, jest wypełniony wzrokowymi, słuchowymi i olfatycznymi wrażeniami, których nie da się wymazać z pamięci.

Co mi do dzisiaj pozostało z tego zerowego okresu?

Przyleciałam na piękne, olbrzymie i supernowoczesne międzynarodowe lotnisko Mirabel, które zostało zamknięte w 2004. Było to miejsce pierwszego kontaktu z nowym krajem i przez wiele następnych lat to właśnie wokół niego tworzyła się niepisana historia kanadyjskiej imigracji. Opowiadaliśmy sobie różne przygody i anekdoty związane z tym lotniskiem, które nabierało z czasem jakiegoś mitycznego znaczenia: Na początku był Mirabel… Później było to miejsce powrotów do Kraju, oczekiwania na bliskich, którzy nas odwiedzali i miejsce, w którym trzeba było się z nimi pożegnać. Ale to już zamknięty rozdział!

Z lotniska do centrum miasta. Nieogarnięta niekończąca się przestrzeń. Pustkowie.

Szarzyzna jesiennego wieczoru.

W centrum. Strajk straży pożarnej. Korki. Chaos na ulicach.

Zatrzymanie czasu. Niemożność projekcji przyszłości choćby tej za dwie godziny.

Nikt na nikogo nie patrzy. Każdy pędzi gdzieś przed siebie.

Na ulicach. Czerwone maki w klapach.  Niewiedza. Niemożność zapytania. Totalna anonimowość. Nieistnienie. (To właśnie dlatego bohaterowie sztuki Sławomira Mrożka pt. Emigranci noszą nie nazwiska ale kryptonimy AA i XX!)

Klucz do domu. W kieszeni. Nowy adres. Wreszcie można napisać list do rodziny.

Telefon. Nowe więzi.

Pewność, że komunizm jest wieczny i niezwyciężony.

Dezorientacja. Szukanie ulic, biur, adresów.

Dezorientacja językowa. Niepojęty francuski Quebeków.

John Lennon zastrzelony w Nowym Yorku. Jego dwie ostatnie piosenki z tego okresu wpisały się w mój mózg: Just Like Starting Over i Woman, tak jak i wszystkie inne hity z przełomu 1980-81: Another One Bites the Dust (Queen), Celebration (Kool and the Gang), Upside Down (Diana Ross), The Tide is High (Blondie) itd. itd.

Była to wyjątkowo długa i ciężka kanadyjska zima…