Monthly Archives: Październik 2013

O czasie

Zwykły wpis

Linie na drzwiach

Oprócz konwencjonalnych form organizujących czas, takich jak kalendarz i zegarek, istnieje czas wewnętrzny podlegający innej logice i innemu rytmowi. Emigracja jest właśnie takim specyficznym momentem, który raz na zawsze uświadamia nam istniejącą rozbieżność między tymi dwoma sferami, gdyż pęka kontinuum czasowe, które obejmuje całość życia od dziecińswa aż do starości i śmierci. To kontinuum jest oczywiście iluzją, ale wiara w nią nadaje naszemu życiu jakiś sens, choćby ze wzgędu na poczucie zakorzenienia i przynależności do zamieszkiwanego miejsca.

Na emigracji to szablonowe kontinuum „dzieciństwo-szkolne lata-okres aktywności zawodowej-założenie rodziny” itd. zmienia się w bardziej chaotyczną organizację czasu, nad którą niekiedy trudno zapanować.

Początki imigracji są raczej nastawione na teraźniejszość i przyszłość. Jest to walka o przeżycie i o przysłowiowe miejsce pod słońcem w nowym środowisku. Z jednej strony gwałtowne przyspieszenie, a z drugiej projekcja przyszłości, która staje się motorem działania w dążeniu do celu, jakim jest przede wszystkim osięgnięcie satysfakcjonujących warunków bytowych, a z czasem poczucie zadomowienia się i stabilizacji.

Ten piewszy etap zajmuje kilka dobrych lat. A potem tempo wyraźnie zwalnia. Przychodzi więc czas na rozmyślania i podsumowywania. Czy warto było?

Przyznam się, że nie można na to pytanie dać jednej bezwględnej odpowiedzi. Z czasem zrozumiałam, że tak samo nie da się wymienić jednej jedynej przyczyny wyjazdu. Jest ich zawsze wiele. Pod pozornie jedną główną motywacją kryją się inne, drobniejsze, bardziej subtelne i tym samym trudniejsze do wychwycenia. Ale dobrze jest do nich dojść grzebiąc w zakątkach pamięci, bo ułatwia to pogodzenie się z przeszłością i z wyborami, które dokonaliśmy. Pozwala to jednocześnie na wejście w kontakt z samym sobą, a tym samym lepiej siebie samego poznać.

Wydaje mi się, że wszystkie odpowiedzi na te „wielkie” emigracyjne pytania powinny z biegiem czasu zmieniać się, bo to znaczy, że jesteśmy w stanie aktywnie włączyć przeszłość do teraźniejszości, a tym samym uniknąć bycia niewolnikiem „utraconego czasu”.

Reklamy

Zgrzyty pamięci

Zwykły wpis

P1040522

W społeczeństwach, które przeżyły doświadczenia traumatyczne, jak wojny,  ludobójstwa, masowe mordy czy totalitaryzm, pojawia się problem przekazu, czyli jak „opowiedzieć” o tym, co sią wydarzyło, jak przekazać prawdę, aby pamięć o tym przetrwała.

W normalnych warunkach zamordowanej ofiarze ofiaruje się miejsce wiecznego spoczynku nie tylko aby przywrócić jej godność ludzką, ale również aby umożliwić rodzinie normalnie przebiegającą żałobę, czyli powolny proces, w czasie którego psychika musi sobie poradzić z pustką, jaka pozostaje po zmarłej osobie aż do momentu jej integracji do żywej pamięci, w której zmarły nadal i wciąż żyje dzięki naszej wyobraźni.

W normalnych warunkach ocaleni szukają sprawiedliwości poprzez sądy i miądzynarodowe trybunały. Te organy stają się tym „trzecim”, czyli pośrednikiem, którego celem jest wysłuchanie obu stron i ukaranie winnego. Jest to niezbędny etap, który umożliwia leczenie. Ten trzeci staje się gruntem, który przywraca poczucie bezpieczeństwa.

W normalnych warunkach traumatyczne doświadczenia wchodzą do historii narodowej i międzynarodowej. Uczą o nich podręczniki szkolne, opowiadają książki, filmy itd. Dzięki temu pamięć o tragicznych zdarzeniach i ich ofiarach jest przekazana następnemu pokoleniu, który ma za zadanie wypracować swoje własne metody przekazu z myślą o swoich własnych potomkach i ich dzieciach.

Przywrócenie godności poległym, uznanie przez organy sprawiedliwości poszkodowanego jako ofiary mordu lub prześladowań, osądzenie winnych i włączenie traumatycznego doświadczenia do oficjalnej historii, to elemnty, które muszą funkcjonować razem w sposób harmonijny, bez zgrzytów.

Pamiętam jak moja mama z krzykiem rzucała nasze podręczniki historii Polski: „To nieprawda! To kłamstwo! Sama to dobrze pamiętam!” Zgrzyt.

Pamiętam kiedy w latach 70, moja mam ze swoim rodzeństwem dyskutowali, jak uświęcić pamięć ich ojca zamordowanego w Katyniu. Następny zgrzyt.

Pamiętam jak przez pierwsze lata mojej imigracji w Kanadzie atakowano mnie, jako Polkę, za współpracę narodu polskiego z Niemcami w likwidacji Żydów. Zgrzyt.

Taki bagaż nie ułatwia ani relacji z przeszłością, ani możliwości jej przekazu, nie mówiąc już o integracji polskich imigrantów w krajach Zachodu.

Na tle tego wszystkiego, można zrozumieć obecny klimat, jaki panuje w Kraju i nad którym wszyscy ostatnio tak ubolewają.

Niestety, te nierozwiązane doświadczenia traumatyczne nie pozwoliły na poradzenie sobie z odziedziczonym poczuciem ciągłego strachu i zagrożenia.  Wynikają z tego co najmniej dwa problemy. Po pierwsze chodzi o chorobliwą, wręcz trybalną więź rodzinną, która uniemożliwia kszałtowanie się zdrowej świadomości społecznej tak niezbędnej dla normalnego funkcjonowania sfery publicznej i całej demokracji. A po drugie taki stan rzeczy powoduje wybuchy patriotyzmu, którę są jakby protestem na niesprawiedliwość, a które w praktyce przenoszą wszystko na płaszczyznę emocji uniemożliwiając tym samym porozumienie się w drodze racjonalnego dialogu.

Tu i tam

Zwykły wpis

P1040825

Emigracja rozrywa bezpowrotnie jedność czasoprzestrzenną, która gwarantuje poczucie przynależności społecznej i stabilności egzystencjalnej,  bo od momentu wyjazdu, dwa obszary i dwa momenty bądą dominować życiem i wyobraźnią imigranta: tu i tam,  teraz i kiedyś, u nas i u was. Oto kategorie, wokół których będzie rozwijać się myśl, rozmowa, działanie i wyobraźnia. Tak naprawdę nie ma jednego scenariusza, który by narzucił się raz na zawsze w celu przeorganizowania relacji czasu i przestrzeni.  Czasami tu i tam zachowują dystans, czasami się dotykają, a jeszcze innym razem nachodzą jedno na drugie lub zlewają w jedną całość. Tak jak w kelejdoskopie, niemożliwe jest uchwycenie konfiguracji, która tworzy się pod wpływem ruchu.

Tylko sen, wyobraźnia lub twórczość artystyczna są zdolne do przywrócenia tej utraconej jedności, gdyż pozwalają albo na magiczne połączenie tych różnych obszarów albo na bycie jednocześnie tu i tam.

W książce Vladimira Nabokova pt. Dar zdarza się to czasami Fiodorovi, który wiedzie swoje emigranckie życie w Berlinie, ale tak naprawdę toczy się ono gdzie indziej. Właśnie patrzy na berliński wieczorny krajobraz: „Brązowo-aksamitne niebo pochyla się nad Spree. Spójrz na ten migot: tam jest Wenecja. A ta uliczka idzie bezpośrednio do Chin, a tam gwiazdy błyszczą w wodzie Wołgi.”

Polska a Polonia

Zwykły wpis

P1010912

Relacja między Polską a Polonią jest podobna do relacji oryginału z jego tłumaczeniem. Choć oba teksty wywodzą się z jednego źródła, ich „przeżycie” toczy się na różnych gruntach. Są podobne i jednocześnie inne i przez to wprowadzają dynamikę opartą na ciągłym porównywaniu.

W przeciwieństwie do zakorzenionego oryginału, jego przetłumaczona wersja w mniejszym lub większym stopniu musi dostosować się do nowych warunków, w których przyszło jej żyć i fukncjonować. Oznacza to większą swobodę i ruchliwość, bo każdy przekład szuka swojej własnej drogi, aby móc dotrzeć do obcego odbiorcy.

Tłumaczenie nigdy nie zastępuje oryginału, ale wprowadza wymiar relacyjności między nimi. Jest jakby odbiciem w lustrze, które wciąż zmienia wizerunek tego, co jest zakorzenione w jednym miejscu. Dlatego nie ma jednej Polonii, ale jest ich wiele, bo każda z nich kszałtuje swój specyficzny charakter na zasadzie przeszczepu.

Oryginał, jeśli chce być samowystarczalny, to musi skazać się na jałową relację z samym sobą. I odwrotnie, aby pojąć swój własny potencjał musi otrzeć się o Inność, czyli przejrzeć się w różnych lustrach.

Problem Polaków w Polsce polega na tym, że albo zamykają się w swojej własnej historii i Polskości, albo porównują się do silniejszych, co na długą metę doprowadza do alienacji i perwersyjnego zniekszałcenia wizerunku o samym sobie.  To taka moja mała diagnoza…

A my, Polonusy, wciąż patrzymy w kierunku Polski, wciąż do niej wracamy, o niej myślimy, toczymy z nią niekończący się dialog! A może by tak w drugą stronę? Sam Lech Wałęsa będąc kilka lat temu w Kanadzie powiedział, że Polonia ma wiele do przekazania Polakom, a zwłaszcza jeśli chodzi o nabrane na emigracji kompetencje międzykulturowe.

Między asymilacją a rezygnacją

Zwykły wpis

P1040643Myślę że ci, którzy pozostają w Kraju, na miejscu, mają ujednolicony pogląd na emigrację i emigrantów, bo dzielą ich na dwie grupy: tym którym się powiodło i tym, którym się nie udało. Powodzenie jest oczywiście rozumiane jako dorobek materialny lub status społeczny. Niepowodzenie natomiast jest automatycznie utożsamiane z niskim poziomem życia. Ale prawda, jak to zwykle bywa, jest dużo bardziej skomplikowana.

Niektórzy imigranci pragną od samego początku zaasymilować się, czyli stać się innym. Taka postawa „podoba się” w kraju adopcji, gdyż z reguły oznacza ona success story potwierdzające samowartość kraju adopcji, jego ekonomiczną, polityczną czy kulturową wyższość. Na początku mojej imigracji poznałam kilku takich Polaków, którzy jakby momentalnie przechodzili na północnoamerykańskie reguły gry, ale tak naprawdę robili to w imię swojej własnej wygody i czystego egoizmu.

Są też tacy, którzy zamykają się w swoim własnym kręgu etnicznym. Ich kontaky z innymi ograniczają się do miejsca pracy lub do sporadycznej relacji z konieczności. To właśnie o nich opowiada sztuka teatralna Sławomira Mrożka pt. Emigranci, w której inteligent-pisarz i prosty robotnik dzielą nie tylko mieszkanie w suterenie ale również ten sam los niezdolnych do przystosowania się emigrantów. Pomimo różnicy, jaka między nimi istnieje pod względem wykształcenia i możliwości intelektualnych, obaj wyglądają jakby wylądowali z innej planety.

Trzecia kategoria imigratów to ci, którzy zamieszkują tzw. trzeci obszar, tj. przemieszczają się wśród innych zachowując jednocześnie swoją tożsamość. Nie chodzi tu oczywiście o skamieniałą Polskość, ale o to, że ona się przekształca pod wpływem kontaków, rozmów, konfrontacji z innymi.

W tych trzech przypadkach pojawia się problem granicy: asymilacja to jej przeskoczenie,  rezygnacja to jej przeniesienie na obce teryterium, a co do ostatniego przypadku, granica staje się częścią tożsamości i samodefinicji. Jest to byt na krawędzi!

Chciałabym na zakończenie wspomnieć o tych, którzy przedwcześnie a nawet anonimowo odeszli, o tych, którzy nie zdążyli zrealizować się na emigracji. Często docierali na ten drugi brzeg—a przejście przez Zelazną kurtynę wymagało dużo sprytu, odwagi i poświęcenia—, ale nigdy nie było im dane rozwinąć skrzydła w miejscu, gdzie osiedli i z którym z pewnością wiązali niejedną nadzieję.

Tak było z Markiem, który zmarł na schodach wracając do domu.

Tak było z Jurkiem, który znalazł się bezdomny na ulicy i ślad po nim zaginął.

„Cień za sercem”

Zwykły wpis

P1010686

Anglojęzyczna powieść Vladimira Nabokova pt. Pnin, podobnie jak cały jego dorobek literacki porusza problemy emigracyjne związane z samotnością, poczuciem obcości, przemieszczaniem się z miejsca na miejsce i osbsesyjnym wracaniem do wspomnień z przeszłości.  Pnin jest raczej niezdarnym osobnikiem, któremu zdarza się zapomnieć o bagażu lub pomylić pociągi. Trudno jest mu również nawiązać kontakty towarzyskie lub utrzymać więzi rodzinne. Żyje jakby w stanie zawieszenia i odizolowany od realności, która go otacza.

Prześwietlający go lekarze zauważali u niego cień za sercem, ale nie byli w stanie rozwikłać tej zagadki.

Czyli czasami emigracja staje się jakby nieuleczalną „chorobą”, specyficznym egzystencjalnym stanem, którego tak naprawedę nawet powrót do Kraju nie poprawi, gdyż emigracyjne doświadczenie staje się nieodłączną i niewymazalną częścią życia, które radykalnie zmienia spojrzenie na świat i na samego siebie.

O więzi

Zwykły wpis

P1010932

Więzi pozwalają nam na poczucie przynależności do grupy, jak rodzina, szkoła, miejsce pracy lub całe społeczeństwo. W przeciwieństwie do więzi rodzinnych, które są nam z reguły narzucane przez naturę, wszystkie inne rodzaje więzi są arbitrarne, czyli uwarunkowane społecznie,  gdyż albo opierają się na tradycji, powielanych normach i wartościach, albo są kształtowane na drodze porozumienia między członkami danej grupy.

Więź, jak samo słowo na to wskazuje, łączy, wiąże jednego człowieka z drugim, więc trudno ją sobie wyobrazić bez wspólnego języka, który nie tylko pozwala na przekazanie jakiejś informacji lub pustą wymianę słów, ale umożliwia porozumienie się na czysto ludzkiej płaszczyźnie, czyli poznanie życia i duszy innego człowieka jak i siebie samego.

Przeprowadzka do innego kraju powoduje zerwanie tych pierwotnych więzi. Oczywiście że można je podtrzymywać latami dzięki różnym formom komunikacji, ale prędzej czy później ulegną one rozluźnieniu. Problem jednak tkwi w czymś innym: nie tylko trzeba utrzymywać dawne relacje, ale przychodzi walczyć o nowe i to w zupełnie obcym środowisku. Przyznam się że działanie na tych dwóch frontach staje się w pewnym momencie egzystencjalnie męczące, bo to imigrantowi przypada aktywna rola starającego się o swoje przetrwanie w Kraju i jednocześnie o wypracowanie sobie normalnych bytowych warunków w kraju adopcji. Bez ciągłego wysiłku stare więzi zwyczajnie się wykruszają. Rosyjski poeta Iosif Brodski, którego los rzucił do Stanów, określił swoją nieobecność w rodzinnym stronach jako dziurę w pejzażu, którą z czasem zarośnie trawa.

Kruchliwość jest dla mnie symbolem losu imigranta.